Budzę się o 5:30. Za oknem już świta. Cykady jeszcze nie zaczęły swojego codziennego koncertu. Delektuję się ciszą i obserwuję jak za oknem wstaje dzień. Po obfitym śniadaniu zakładamy długie spodnie, gumowce, bierzemy maczety i ruszamy na działkę po liście Bojanu. Będą potrzebne do przyrządzenia potrawy Juane.
Najpierw poruszamy się drogą gruntową, potem przechodzimy przez jeden strumień i korytem innego podążamy pod ostrą górę. Po drodze znajdujemy termitierę. Jeden cios maczetą, pośliniona ręka przyłożona do gniazda i przyklejone do niej termity lądują w mojej buzi. Jest ich jednak za mało, aby się nimi najeść. Jednak kwaskowy smak jest bardzo wyczuwalny. W końcu musimy wejść do gęstego lasu. Tutaj poruszanie się bez maczet jest niemożliwe. Wycinamy sobie ścieżkę i powoli poruszamy się na przód. Znajdujemy odpowiednie liście. Ścinamy je i wracamy do domu.
Po powrocie szum płynącej przez działkę rzeki – Chanchamayo jest tak kuszący, że nie mogę się jej oprzeć. Zrzucam ubranie i daję nura. Najpierw płynę z jej nurtem – jest cudownie. Jednak gdy zawracam okazuje się, że jej prąd jest na tyle silny, że stoję w miejscu, a nawet cofam się. W końcu udaje mi się dotrzeć do brzegu. Do mojej kąpieli dołączają wujek z córką oraz goście. Po osuszeniu się ruszamy w miasto na zakupy. Na straganie przy rynku próbuję owoców kaktusa – Tuna, oraz przepiórczych jaj, sprzedawanych tutaj za 1 Sole 5 sztuk. W drodze powrotnej zajeżdżamy do miejscowej wytwórni kawy i win. Próbujemy tutaj ich wyrobów: parzonej kawy, win robionych z kakao, kawy, guanabany oraz dżemów z bananów, guanabany, awokado i innych.
Po obiedzie postanawiamy skosić zielsko w ogrodzie. Przy pomocy kosiarki spalinowej, maczety i grabi próbujemy doprowadzić do porządku ogród, który miejscami przypomina prawdziwą dżunglę. Po 3 godzinach tuż przed zmrokiem poddajemy się. Ja ponownie korzystam z regenerujących właściwości rzeki i daję nura w jej nurt.
Rewelacja,tylko skąd Ci Ania zorganizuje termity na obiad…..Pozdrawiam
Trudno – będę musiał przestawić się na mrówki. Ale zima idzie!
ten las… prawie jak w Kunowicach. Co do tych termitów, pamiętam, że w akademikach żyły masy mrówek faraonek. Może powyżerasz w potrzebie 🙂 Mam nadzieję, że przywieziesz więcej zdjęć. Są piękne
Mrówki poszły spać. Zostały tylko pająki. Może zapiekane, w sosie własnym?