Do La Merced docieramy około 7:00 rano. Czeka na nas wujek. Witamy się, wsiadamy do jego mototaksi i wyruszamy na miasto. Zatrzymujemy się na rynku, gdzie zjadamy śniadanie. W La Merced są dwa duże rynki, gdzie można zaopatrzyć się dosłownie we wszystko. Począwszy od płodów rolnych, poprzez ryby, mięso, artykuły chemiczne, skończywszy na chińskiej tandecie. Funkcjonuje tutaj również dobrze rozwinięty system usług w tym i gastronomicznych. Stoiska w których można zjeść różnego rodzaju dania, soki robione na miejscu ze świeżych owoców lub gotowe produkty opasują cały rynek.
Po zakupach jedziemy mototaksówką zwaną tutaj bajaj do domu. Dom jest położony około 7 kilometrów od centrum miasta. Stoi tuż przy drodze. Na jego tyłach płynie rzeka Chanchamaya – dopływ Amazonki. Gdy wprowadziłem się do swojego pokoju zaintrygował mnie dźwięk dochodzący z rzeki. Z początku kojarzyłem go z odgłosem silnika, startującego samolotu. Jak się później dowiedziałem jest to odgłos wydawany przez cykady. Od czasu do czasu do tego monotonnego, mechanicznego dźwięku dołącza się coś w rodzaju alarmu samochodowego lub pojazdu uprzywilejowanego (policja, pogotowie, etc.). Jest to głos samca.
Po przywitaniu się z domownikami i krótkim odpoczynku wyruszamy do miasta. Zwiedzam uliczki, wjeżdżamy na górę z krzyżem, aby mieć lepszy widok. Motorynki w mieście stanowią główny środek transportu. Kierowcy tak jak i w Limie jeżdżą z prawdziwie ułańską fantazją nadużywając klaksonów. Czasami odnoszę wrażenie, że klakson w Peru jest tym czym w Polsce kierunkowskaz i lusterko. Używa się go tutaj w czasie włączania do ruchu, zmiany pasa, skrętu w dowolnym kierunku, mijania czy wyprzedzania innych pojazdów czy w końcu pozdrawiania znajomych. Przestępczość w mieście podobno jest znikoma. Sam widziałem w telewizji, popijając sok z guanabany w jednym z ulicznych lokali, jak złapanego na kradzieży kilku kluczy samochodowych delikwenta, przywiązano na cały dzień do słupa na środku miasta i obrzucono błotem. Następnie przy asyście policji poturbowanego przez przechodniów wrzucono do radiowozu.
W drodze powrotnej skręcamy na czterystuletni most. Został on w 1905 roku wzmocniony konstrukcją stalową, więc bez obaw przejeżdżamy naszą motorynką przez niego, w poszukiwaniu wodospadu. W Peru, ze względu na bliskość równika szybko zapada zmrok. Dzień trwa tutaj bez względu na porę roku od 6:00 do 18:00. Po tej godzinie dosłownie w ciągu kilkudziesięciu minut zapadają ciemności. Musimy więc zawrócić i spróbować innym razem. Pod drzewem znajduję dojrzałą pomarańczę. Obieram ze skórki i próbuję. Jest pyszna: słodka, soczysta i ciepła – rozgrzana całodziennym słońcem. Wracamy do domu.
:))) widzę, że się świetnie aklimatyzowałeś! Mam nadzieję, że twoja podróż przyniesie wiele wrażeń:)
pozdrawiam!!
Rewelacja relacja. Piękne zdjęcia, a ta pomarańcza..
Na zdjęciu w „barze” mógłbyś reklamować piwo Wojak. A na moście to jakbyś jakąś książkę za koszulą ukrywał.. 🙂