Najpierw dojazd do lotniska w Berlinie, potem odprawa. Można odczuć na własnej skórze podwyższony stan alarmu na lotnisku. Kontrola jest bardzo drobiazgowa. Nawet kamera i aparat w podręcznej torbie są sprawdzane na obecność ładunków wybuchowych. Mimo, że odprawa zaczęła się na 2 godziny przed odlotem, startujemy z opóźnieniem. Sam start samolotu przypomina jazdę windą. Z tą różnicą, że tutaj kierunek jest poziomy. Efekt niesamowity, gdy przez okna widać budynki a po chwili lotu przez mgłę jesteśmy ponad chmurami. Całość trwa około minuty.
Lotnisko w Amsterdamie jak dla mnie mogłoby być lepiej oznakowane. Chwilę trwa zanim znajduję terminal F4. I tu odprawa jest bardzo szczegółowa. Tym razem zanim nadeszła moja kolej w ręku trzymałem już przygotowany pasek z klamrą, zegarek, kamerę, aparat i saszetkę z dokumentami. Wszystko to trafiło do koszyka i przejechało przez rentgena. A ja przeszedłem przez bramkę. Na szczęście nie musiałem zdejmować butów, bo niektórym i to się trafiło. Po drugiej stronie bramki – ubieranie i można wsiadać do samolotu. W samolocie na monitorach na bieżąco można było śledzić parametry lotu. Zanotowałem m.in.: prędkość: 911 km/h, wysokość: 11582 m, temperatura na zewnątrz: -52C. Jak dla mnie brzmiało to jak parametru lotu w kosmos. Na ekranach monitorów można było również obejrzeć filmy, program TV, posłuchać muzyki, lub zagrać w grę. Przelot z jednego krańca Ameryki na drugi trwa 3 godziny. Z góry przez chwilę można było obserwować Amazonkę. Mimo tak dużej wysokości i tak sprawia ogromne wrażenie.
Lądowanie w Limie odbywa się we mgle. Wygląda to tak: najpierw samolot mija linię brzegową i zatacza koło nad Oceanem Spokojnym, potem pikuje w dół i przez ładną chwilę lecimy na oślep. Gdy wreszcie naszym oczom ukazuje się powierzchnia wody, samolot zbliża się do lotniska i ląduje na jego płycie. Po wyjściu na miasto przeciętny europejczyk doznaje szoku kulturowego. A przynajmniej ja go doznałem. Tutaj wszystko jest inne niż to co do tej pory widziałem: począwszy od hałasu na ulicy, poprzez estetykę budowania domów (a raczej jej brak), skończywszy na tempie życia. Ale może o moich przemyśleniach i Limie innym razem. Taksówka zawozi nas na przystanek autobusowy, zwany tutaj Agencja. Udaje nam się kupić ostatnie bilety na autobus. Po 26,5 godzinie bez snu zajmuję moje sypialne miejsce w dwupoziomowym autobusie i wyruszam w 8-godzinną drogę do La Merced.
Podróż odbywa się w nocy, więc większą część drogi śpię. Jak się później okazało było to dla moich nerwów błogosławieństwem. Wspinaczka autobusu na Andy i potem zjazd z nich wymagały od kierowcy podejmowania czasem ryzykownych decyzji. Dobrze, że nie musiałem tego oglądać, bo dawka adrenaliny na pewno nie pozwoliłaby mi zasnąć przez kolejne 21 nocy.
ciekawe opis i fajne zdjęcia
Dzięki Jędrusiu. Robię dużo zdjęć i kręcę filmy. Po powrocie do domu będę opowidała przez kolejne 3 tygodnie 🙂
Bardzo podoba mi się zdjęcie silnika samolotowego. A tak poważniej to już te kilka zdjęć przypomina mi bardziej akcje Martyny Wojciechowskiej (…) niż spokojnego (jak dotąd) kolegi informatyka 🙂