Ty razem kupiłem bilet z miejscem na przedzie autobusu. Wprawdzie podróżuję w nocy, ale przeżycia i tak niesamowite. Siedzę na górnym pokładzie nad kierowcą. Z tej perspektywy w czasie manewru skrętu nie widać ani drogi, ani kół. Ma się więc wrażenie, że jest się nad przepaścią. Na dodatek zwyczajowo trafiam na kierowcę, któremu gdzieś się strasznie spieszy. Wyprzedza nie tylko samochody ciężarowe i dostawcze, ale i inne autobusy. Robi to często w miejscach nieodpowiednich – np. tuż przed zakrętem na górskiej drodze, której z jednej strony jest wysoka ściana, a z drugiej urwista przepaść. W końcu, mimo podniesionej adrenaliny udaje mi się złapać około 3 godzin snu.
O 5:30 zajeżdżamy w Limie na podwórko, szumnie zwane Agencją (czyli przystankiem autobusowym). Okolica raczej nie sprzyja spacerom, tym bardziej, że jest szaro i mgliście, bo słońce jeszcze nie wzeszło. Przy wychodzeniu z autobusu łapie mnie jakiś człowiek i coś proponuje. Domyślam się, że to taksówkarz wypatrzył gringo i liczy na łatwy zarobek. Udaję, że znam hiszpański i pytam „Za ile na lotnisko?”. Mówi 40, ja zwyczajem wujka „Mamma mija! Mucho!”. On mówi 35, ja 20, on 30, ja 20, on 25. Umowa stoi. Ostatecznie i tak płacę 26, bo przy wydawaniu reszty nie może znaleźć jednej Soli. A niech mu będzie i tak jestem z siebie dumny, że utargowałem i bezpiecznie dojechałem do celu.
Do odlotu samolotu mam 13,5 godziny. Muszę zagospodarować jakoś ten czas. Znajduję sobie miejsce, aby usiąść. Obserwuję pasażerów, orientuję się jak wygląda procedura odprawy, ustalam przy którym okienku i w jakich godzinach mogą się odprawić pasażerowie KLM-u. W czasie spacerów odnajduję kaplicę, gdzie znajduję chwilę wyciszenia przed czekającą mnie podróżą. Chcę też skorzystać z Internetu, ale 7 Soli za godzinę, to gruba przesada (na mieście cena wynosi 1). Odpuszczam sobie.
Około 14:00 ruszam na łowy na obiad. Ceny oczywiście kilkakrotnie wyższe niż za bramą lotniska. Upatruję danie za 7 soli. Na obrazku wygląda to na ryż z kurczakiem. Gdy podchodzi kelner proponuje coś innego, dodając „Bueno chicken”. A więc pyszny kurczak. Może to coś lepszego? Upewniam się, czy to danie na gorąco, on potwierdza. Pyta się co do picia. Zmawiam Colę. Płacę 12 Soli. Po chwili przynosi mi … rosół. Z początku się ucieszyłem, bo myślałem, że to obiad dwudaniowy. Ale po chwili dotarło do mnie, że zamówiłem tylko zupę z Colą! Wniosek: jak nie znasz języka – upieraj się przy swoim.
O 15:30 ustawiam się w kolejce do odprawy. Idzie dość sprawnie. Jest 5 okienek, w tym 1 dla Business i 1 dla tych co odprawili się przez Internet. Ale ponieważ nie ma wielu takich, to podchodzimy do wszystkich pięciu. Po otrzymaniu biletu i nadaniu bagażu, ruszam na mój terminal. Tutaj odprawa paszportowa i kontrola bezpieczeństwa. W sklepach wolnocłowych ostatni zakup dla Ani i o 17:30 wchodzę na pokład samolotu. Zajmuję miejsce przy oknie (40J), koło pary Azjatów, wieku których nie potrafię określić. Niestety nie mówią po angielsku, więc po drodze nie zamieniamy ani słowa. O 19:35 startujemy. Lima potrafi wyglądać pięknie. Szczególnie w nocy z pokładu samolotu. Już za 12 godzin będę w Amsterdamie, za 15 w Berlinie, a być może za 16-17 w domu.