Około godziny 6:00 zorientowaliśmy się, że jesteśmy w pobliżu Paracas. Ten oceaniczny port znany jest z tego, że u jego wybrzeża znajdują się wysepki zamieszkane przez morskie zwierzęta i ptaki. Jest to odpowiednik Galapagos, tylko w mniejszej skali i za dużo mniejsze pieniądze. Chwila rozmowy i kalkulacji i podejmujemy decyzję, że wysiadamy w Pisco. Najpierw dojechaliśmy z autostrady Panamericana do miasta Pisco – około 7 kilometrów, potem kolejna taksówka i jesteśmy w Paracas.
Łodzie z portu w Paracas na wyspy odpływają tylko w godzinach 8:00-10:00. Potem jest zakaz pływania, gdyż wyspy te są również „producentem” naturalnego nawozu z ptasich odchodów (guano) i każde popłynięcie łodzi motorowej płoszy ptaki i przynosi wymierne straty. Ściągają tu wycieczki z oddalonej o 270 km Limy. Z autobusu wychodzą turyści z wykupionymi biletami i ustawiają się w kolejce do przystani. My sami musimy zadbać o możliwość wejścia na pokład łodzi motorowej. Po chwili kręcenia się i negocjacji udaj nam się kupić bilety w cenie dla miejscowych, a nie turystów (czytaj: Gringo). Naszym przewodnikiem jest ciemnoskóry młodzieniec z dredami na głowie. Mówi w języku hiszpańskim i angielskim (z jamajskim akcentem). Bardzo dużo opowiada o historii tego miejsca oraz o występujących tu zwierzętach.
Na pierwszej wyspie widzimy tajemniczy symbol – kandelabr – wyryty w litej skale rysunek, przypominający świecznik. Później udajemy się na kolejne wyspy, gdzie możemy podziwiać zwierzęta. W czasie naszej jazdy przepływamy przez Prąd Humboldta, który niesie zimne wody. Temperatura wody w tym miejscu wynosi około 14st.C. Łódka zaczyna mocno podskakiwać na falach. Po opuszczeniu tego prądu znów płyniemy spokojnie. Zatrzymujemy się przy kolejnych wyspach, gdzie już na wyłączonym silniku opływamy je i podziwiamy pingwiny, lwy morskie, rozgwiazdy, kraby, pelikany i inne patki. Skały mają liczne pieczary oraz mosty, które zostały ukształtowane w sposób naturalny. Są tutaj również platformy i budynki, służące kiedyś do załadunku tego naturalnego nawozu.
Po fascynującej wycieczce wracamy do portu. Po drodze napotykamy delfiny. Zatrzymujemy się na chwilę, aby zrobić im zdjęcia i sfilmować. W porcie znów łapiemy okazję do Pisco, potem do zjazdu na Panamericanę, na zjeździe wskakujemy do ruszającego już autobusu i kontynuujemy jazdę do Limy. Nasza podróż przypomina szybki bieg z przeszkodami. Jak na razie udaje nam się w sposób płynny zmieniać środki transportu. Mam nadzieję, że utrzymamy tempo i jeszcze dzisiaj uda nam się dotrzeć do La Merced.
W autobusie ustalamy, gdzie najlepiej wysiąść, aby łatwo złapać kolejny transport w stronę domu. Na naszym końcowym przystanku łapiemy busa, który zawozi nas na kolejny, tam taksówka przez niebezpieczną dzielnicę (kamerę chowam głęboko pod siedzenie), potem taksówka do Tarmy. Trochę to długa i niewygodna podróż. W Limie trwa przebudowa głównego skrzyżowania, więc część miasta jest sparaliżowane. Stoimy w miejscu ponad 40 minut. Facet koło mnie jest szerszy niż ustawa przewiduje, więc przygniata mnie przez całą drogę. Muszę jakoś wytrzymać – już niedługo cel podróży. Zanim dojechaliśmy do Tarmy, to przesiedliśmy się do innej taksówki (nasi współpasażerowie tutaj zakończyli podróż). W samej Tarmie kolejna taksówka do La Merced. W La Merced bajaj do Nijandari i około 22:00 jesteśmy w domu.