Jeszcze na dworcu w Puno trafiliśmy na Informację Turystyczną. Zaproponowano nam tu pośrednictwo w załatwieniu noclegów w Cusco, oraz biletów na Machu Picchu. Osobą kontaktową miała być pani o imieniu Maria. Opłaciliśmy hotel dla wujka i wsiedliśmy do naszego autobusu. W nocy w autobusie dość mocno zmarzliśmy. Może dlatego, że było to 1 piętro? W Cusco czekała na nas taksówka z Marią. Dość szybko zawiozła nas do hotelu (innego niż był zaplanowany) i poganiała nas przy decyzji jaką wersję wycieczki wybieramy: 1 czy 2-dniową. Nie podobał mi się ten pośpiech, który okazał się zapowiedzią poważniejszych problemów. Ze względu na ograniczenie czasowe, zdecydowałem się na wariant jednodniowy. Opłaciłem wycieczkę, oraz bilety na powrót z Cusco do Limy.
O 6:40 podjechała po mnie taksówka. Odświeżony, przebrany i przygotowany na wyjazd ruszyłem w stronę dworca autobusowego. Po drodze dosiedli się do mnie Australijczycy, mieszkający w Sydney: Austin i Amie. W busie, wiozącym nas do dworca autobusowego, usiadłem koło mężczyzny o wyglądzie Azjaty. Sprawdzał co chwila która jest godzina i denerwował się, że nie zdąży na pociąg, jadący do Machu Picchu. Już po czasie podjechaliśmy na dworzec. Wyskoczył jak z procy i pobiegł w kierunku czekającego pociągu. Pomyślałem wtedy sobie, że nie zna realiów życia w Peru. Jak się później okazało, miałem rację.
Gdy dojechaliśmy z Australijczykami do kolejnego dworca, z którego mieliśmy ruszyć, okazało się, że nie ma naszych biletów. Mieliśmy jedynie powrotne. Zaczęło się nerwowe bieganie, telefonowanie do Marii, proszenie o pomoc obsługę pociągu. Podobno była awaria systemu i nie można było potwierdzić faktu, że zakupiliśmy te bilety. Nie znajdowaliśmy się też na żadnej liście, którą mieli konduktorzy i na podstawie której wpuszczali pasażerów do wagonów. 5 minut po planowanym odjeździe, pociąg ciągle czekał, a na peronie zostaliśmy tylko my z obsługą. W końcu zapadła decyzja, że możemy jechać – wskoczyliśmy do wagonu i pociąg ruszył.
Podróż odbyła się w dość miłej atmosferze. Dostaliśmy przekąski i kawę. Za oknem można było podziwiać górskie krajobrazy. Pociąg miał nawet szyby w dachu, aby móc widzieć jeszcze więcej i zachwycać się pięknem otaczającej nas przyrody. Dużo rozmawiałem z Austin i z Amie. Postanowiliśmy w czasie zwiedzania trzymać się razem. Z dworca kolejowego autobus zabrał nas pod szczyt. Jazda nim, to ekstremalne przeżycie. Większa część drogi, to szerokość jednego pojazdu. Z jednej strony góra, z drugiej przepaść. Gdy dojeżdżaliśmy do „mijanki”, to ze szwajcarską precyzją z naprzeciwka nadjeżdżał drugi autobus i mogliśmy bezpiecznie się wyminąć.
Po wyjściu z autobusu, zostaliśmy zaprowadzeni do restauracji – pizzerii, gdzie można było posilić się przed zwiedzaniem. Ceny były zabójcze, więc odpuściliśmy sobie tę przyjemność. W drodze do wejścia na teren zabytków natrafiliśmy na Azjatę. Poznał nas, ucieszył się, że nas widzi i przyłączył się do naszej międzynarodowej mini-grupy. Kwon (bo tak ma na imię) pochodzi z Korei Południowej i mieszka w Seulu. Został przydzielony nam sympatyczny anglojęzyczny przewodnik. Bardzo długo i dokładnie opowiadał o historii odkrycia tego miejsca, o prawdopodobnym przeznaczeniu poszczególnych budynków, o ludziach go zamieszkujących. Później mieliśmy czas wolny, który wykorzystaliśmy z Kwonem na zwiedzanie i rozmowę. Po opuszczeniu Machu Picchu naszą czwórką udaliśmy się do autobusu, który zawiózł nas na dworzec kolejowy. W oczekiwaniu na nasz pociąg chodziliśmy z Kwonem po straganach i oglądaliśmy pamiątki. Nie mógł zrozumieć, dlaczego tutaj wszystko jest droższe niż w Cusco. Poradziłem mu, żeby się targował. Spróbował. Długo nie mógł wyjść z podziwu, że jedna rzecz, która przed chwilą kosztowała 30 Soles, po krótkiej rozmowie była do kupienia za 15. Postanowił, że po powrocie do Korei zacznie uczyć się hiszpańskiego.
W pociągu rozdzieliśmy się. Każdy z naszej czwórki miał bilet w innym wagonie. Kolejny etap podróży to bus, dowożący do Cusco. I znów okazało się, że nie ma mnie i Australijczyków na liście. I znów w ostatniej chwili wsiedliśmy i ruszyliśmy ostatnim autobusem. Ja usiadłem na jedynym wolnym miejscu koło … Kwona. W Cusco po raz ostatni pożegnaliśmy się i przy pomocy mapki zacząłem szukać mojego hotelu. Znów zaczął siąpić deszczyk. Mimo to zrezygnowałem z taksówki i po krótkim czasie dotarłem do mojej stancji.
Jeszcze przed przyjazdem do Cusco, uważałem, że Machu Picchu jest punktem na mapie turystycznej, który trzeba zobaczyć, odhaczyć, że się tu było i nigdy nie wracać. Po dzisiejszym dniu wiem, że chciałbym tu jeszcze kiedyś wrócić.