Punktualnie o 3:00 dzwoni budzik w telefonie. Szybkie mycie, ubieranie i siedzimy w taksówce Kikiego, która zawozi nas na lotnisko. Na miejscu wykupujemy zarezerwowane wcześniej bilety i idziemy na odprawę. Ponieważ jest to lot krajowy, to odnoszę wrażenie, że i odprawa trochę bardziej powierzchowna. Siedzę na pierwszym miejscu przy oknie. Podziwiam Andy. Wysokie, ośnieżone szczyty robią na mnie wrażenie. Lot z międzylądowaniem w Cusco trwa niecałe 2 godziny. Pomyśleć, że w droga powrotna autobusem zajmie ponad 24.
Lądujemy w Juliaki, gdzie łapiemy autobus do Puno. W porcie kupujemy bilety na łódkę, która za chwilę zawiezie nas na pływające wyspy Indian Uru. Za chwilę spełni się jedno z moich marzeń. Motorówka po koło 25 minutach, prowadzona momentami przez około 8-letniego chłopca, przybija w końcu do wyspy. Oprowadza nas po niej jej mieszkaniec. Na początku opowiada historię powstania tych wysp, sposób budowy, zdobywania pożywienia przez mieszkańców, zakotwiczenia, itd. Potem zachęca nas do zakupu pamiątek.
Po zakupach zwiedzający, którzy mają ochotę wsiadają do trzcinowej łodzi i za drobną opłatą są przewożeni na sąsiadującą wyspę. Pozostali płyną łodzią motorową. Nasza łódź ma dwóch wioślarzy. Jednym z nich jest kilkunastoletnia dziewczynka. Ponieważ jest silny wiatr, to zmienia się ze starszym panem. W końcu dobijamy do kolejnej wyspy. Jest tutaj kilka chałup z gastronomią, gdzie można się posilić. Z poznanym jeszcze na motorówce Czechem robimy dużo zdjęć i rozmawiamy (znów angielski) o pobycie w tym niesamowitym miejscu.
Cieszę się, że tutaj byłem i na własne oczy mogłem zobaczyć te wyspy. Jednak, gdy bliżej przyjrzeć się, to można odnieść wrażenie, że pod naporem dużej ilości turystów zmieniły się one w skansen. Część Indian żyje na lądzie i przyjeżdża tylko na dzień, aby obsługiwać turystów i sprzedawać pamiątki. Na wyspach są baterie słoneczne, domy z blachy pokryte strzechą, konstrukcje drewniane, sprzedawane są napoje koncernu Coca-Cola. Mimo wszystko warto jednak było tu przyjechać. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym być w Peru i nie odwiedzić jeziora Titicaca.
Po powrocie na ląd postanawiamy pojechać, do Copacabany, znajdującej się w sąsiedniej Boliwii. W autobusie wypełniam kolejną deklarację wyjazdową – wniosek o wizę. Przejście graniczne jest przejściem pieszym. Tzn., że musimy wysiąść z autobusu i załatwić formalności graniczne w Peru i Boliwii (dostałem wizę na 30 dni). Po drugiej stronie granicy czeka na nas ten sam autobus, który zawozi nas do Copacabany. Nie obyło się bez problemów. Wujek jako amerykański rezydent w Peru musi posiadać przy sobie paszport USA, oraz zapłacić za wydanie wizy 35 dolarów. W końcu po długich negocjacjach udaje się dojść do niezbyt legalnego porozumienia: dokument tożsamości wujka pozostaje na granicy a my zobowiązujemy się do powrotu dzisiaj a najdalej jutro. Zostajemy poinformowani, że przejście jest zamykane o 19:30.
W końcu w portowym miasteczku rozsiadamy się w jednym z barów, popijamy drinka i obserwujemy zachód słońca nad jeziorem. Spoglądamy na zegarki i ponieważ mamy jeszcze 1,5 godziny do zamknięcia przejścia, zaczynamy powoli szukać transportu. Autobus odjechał tuż przed naszym przybyciem na przystanek. A żaden z taksówkarzy nie chce nas tam zawieźć, bo podobno i tak zaraz granica będzie zamknięta. Dociera do nas świadomość, że coś jest nie tak. I po chwili staje się jasne: w Boliwii czas jest przesunięty o godzinę do przodu. Nie mamy więc 90 minut, a jedynie 30, aby opuścić ten kraj, bo inaczej będziemy musieli tutaj nocować! W końcu znajdujemy taksówkę, która po szaleńczej jeździe dowozi nas na 3 minuty przed zamknięcie biur. Już w Peru łapiemy ostatni autobus, jadący do Puny. W Punie kupujemy bilety na nocny autobus do Cusco. Następny etap, to Machu Picchu.
Titicaca piękna jak sam dźwięk tej nazwy (zresztą i znaczenie: szara puma – piękne, chociaż trochę zaskakujące). Ale pierwszeństwu dajemy zdjęciu restauracji trzcinowej! Pozdrawiamy!