Ten dzień obfitował w wiele wydarzeń. Nie wiem czy uda mi się go dokładnie i chronologicznie odtworzyć. Spróbuję.
Poranek zacząłem od wędrówki z aparatem i kamerą, aby uzupełnić kronikę podróży. Na podwórzu spotkałem wujka, który pokazywał mi różne rośliny i owoce. Podawał mi ich nazwy, oraz mówił jakie właściwości zdrowotne posiadają. Po śniadaniu ruszyliśmy do La Merced. Wujek poszedł załatwiać swoje sprawy, a ja kręciłem się po rynku i z ukrycia robiłem zdjęcia Peruwiańczykom. Próbowałem uchwycić ich w codziennych sytuacjach, nie zdradzając jednocześnie swoich intencji. Gdy tak krążyłem po bazarze, napotkałem Grześka Dudę na motorze. Jechał właśnie na działkę w górach, aby opryskać uprawiane tam kwiaty. Usiedliśmy przy jednej z budek. On zamówił coś do picia. Ja wolałem nie ryzykować po ostatnich przeżyciach. Przez chwilę opowiadał mi o swoim życiu w Peru. Przekazałem mu list od Szefa i niestety musieliśmy się pożegnać. On wybierał się do pracy, a ja na zwiedzanie.
Dziewczyny zostały na zakupach, a my ruszyliśmy w kierunku działki Kimiri. Ostatnio z powodu usterki bajaj nie udało nam się tam dotrzeć. Po drodze jednak zmieniliśmy zdanie i w San Ramon skręciliśmy w kierunku Vitock. Na tej drodze i w okolicy znajduje się porozrzucanych 17 wodospadów.
Jadąc piaszczystą, w miarę równą górską drogą, dotarliśmy do kopalni gliny. Wypłukuje się ją z góry, a pozostałości w postaci żwiru usypuje w hałdy. Kilkanaście kilometrów dalej w ładnym, kolorowym i czystym miasteczku Vitoc znajduje się włoska wytwórnia płytek ceramicznych. W centrum miasteczka znajduje się zielony plac, w środku, którego stoi pomnik przedstawiający spotkanie misjonarza z Indianinem Ashaninka. Na tym placu spotkamy starszego pana, który sprzedaje nam mrożone wiórki kokosowe.
Ruszamy dalej. Naszą drogę często przecinają strumienie i rzeczki. Część z nich prowadzi do wodospadów. Zatrzymujemy się przy jednej z rzeczek i ruszamy jej brzegiem w górę. Po chwili przedzierania się przez dżunglę (przy pomocy maczety), trafiamy na ścieżkę. Prowadzi ona wzdłuż strumienia przez las bananowy. Tutaj hodowane są banany, ścinane, transportowane tą dróżką i dostarczane do miasta. Wujek zawraca, a ja idę dalej. Po kilkunastu minutach marszu też się zatrzymuję. Siadam koło strumienia, ściągam buty, zegarek, koszulkę. Myję się, chłodzę stopy i piję wodę. Czuję się cudownie! Po chwili odpoczynku ubieram się i ruszam w drogę powrotną. Po drodze znajduję termitierę. Maczetą nacinam ją i zjadam wybiegające przez uszkodzenie termity. Docieram do bananowców. Są tam banany wielkości palca u ręki. Próbuję je. Smakują jak te normalnych rozmiarów. W połowie drogi spotykam wujka. Wyszedł mi naprzeciw, bo niepokoił się moją długą nieobecnością. Przy drodze spotkał człowieka, który powiedział mu, że dwa dni temu widziano w tej okolicy pumę. Och – niewiedza jest błogosławieństwem!
W dalszej części drogi, po drugiej stronie rzeki Tulumayo widzimy małą osadę. Tym razem nie prowadzi do niej most, lecz stalowa linka z wagonikiem podczepionym do niej. W wagoniku jest człowiek. Zgadza się za 50 centymos przewieźć mnie tam i z powrotem nad rzeką. Po kolejnych kilku kilometrach jazdy natrafiamy na dość szeroki strumień. Wypływa on z dość pokaźnego wodospadu. Idziemy do niego ścieżką. Pod wodospadem jest małe jeziorko. Miejsce to jest położone na uboczu, z dala od drogi, otoczone dżunglą. Korzystam więc z okazji i daję nura do wody. Po ożywczej kąpieli można jechać dalej.
Docieramy do zapory wodnej Chayabamba. Tworzy ona wielkie jezioro. Do tego jeziora wpadają dwie rzeki: Tulumayo – niosąca ciepłą wodę w kolorze ciemnej zieleni, oraz Rio Tambillo – zabarwiona na jasny kolor. Na rozstaju dróg spytaliśmy się miejscowych jak dojechać do Uchubamby. Wskazali nam kierunek pod górkę. Jak się okazało wdrapaliśmy się na wysokość 2500m, pokonując 12 km kamienistej drogi i dotarliśmy do … Chacaymamby! Po korekcie trasy jedziemy już w dobrym kierunku. Nagle po kilku kilometrach kamień uderzył o nasz bajaj i pękł przegub kierownicy. Od przejeżdżającego kierowcy dowiedzieliśmy się, że dosłownie 200 m dalej jest wielkie osuwisko i dalej i tak nie można jechać. Idziemy tam pieszo. Rzeczywiście osunęła się część drogi. Ścieżka prowadząca na drugą stronę miejscami na szerokość dwóch stóp. Powoli poruszamy się na przód. Od dwóch tygodni ruch do i z wioski odbywa się wahadłowo: towar dowożone są do osuwiska, przenoszone przez ludzi, pakowane do czekających pojazdów i wiezione dalej. Przechodzimy na drugą stronę. Postanawiamy, że wujek pojedzie do wsi szukać pomocy, a ja powoli pójdę pieszo. Peruwiańczyk, który ustąpił miejsca wujkowi w aucie i szedł ze mną przez jakiś czas, odłącza się. Dalej muszę iść sam. Na rozstaju dróg (są 3 do wyboru), decyduję się na tę prowadzącą przez most nad rzeką. W duchu mam nadzieję, że to dobry wybór.
Docieram do jakiejś osady. Do mojego marszu dołącza kobieta, niosąca w worku na plecach jakieś płody rolne. Za nią idzie mała czarna świnka. Z boku wyglądamy chyba dość intrygująco: Gringo z plecakiem i kijem, Indianka z pakunkiem na plecach i czarna świnka zamykająca peleton. Pytam się jej czy dotarliśmy już do Uchubamby. Ona zatrzymuje się w pobliskim domu i mówi, że muszę iść jeszcze prosto. Potem wypowiada zdanie, które można by przetłumaczyć jako: „Dzisiaj będzie padać deszcz” lub „W górach są żołnierze i strzelają do obcych”. Na wszelki wypadek wolę trzymać się pierwszej interpretacji. Już dawno minęła godz.18:00. Idę ponad 45 minut. Dookoła mnie ciemności. Z jednej strony drogi uprawy, z drugiej dżungla. Wokół latają świetliki. Ich świecące odwłoki zaczynają przypominać mi świecące oczy dzikich zwierząt. Do obrony mam jedynie drewniany kij i latarkę. Zaczynam się zastanawiać po co ja idę w stronę tej wioski i czy to jest właściwa droga? W momencie, gdy chcę zawrócić słyszę odgłos silnika i na zakręcie drogi pojawiają się światła. To wujek wraz z kierowcą i pomocnikami jadą w stronę naszego pojazdu. Okazało się, że do wioski zabrakło mi jakieś 5 minut marszu. Zabieram się z nimi. Wszyscy docieramy do osuwiska, pokonujemy je pieszo. Następnie ładujemy bajaj na pakę. Wsiadamy do szoferki i jedziemy ponad 90 km do miasta. Ponieważ o tak późnej porze nie znaleźliśmy otwartego warsztatu przyjeżdżamy do domu, gdzie wypakowujemy nasz pojazd. W końcu można iść się umyć i położyć spać. To był długi dzień.
P.S.
Jak się później dowiedziałem, w Uchubambie stacjonowały wojska, które odbywały w pobliskich górach ćwiczenia. Czy strzelały do obcych? Tego się już nie dowiem 🙂
Widzę, że Grzesiu Duda wreszcie odnalazł swoje miejsce na ziemi:)) Pasuje mu ten skuter;) rany, a ty nie jedz tyle tych termitów!buziaki!
No nie! To nie może być prawda! Siedzisz sobie pewnie w chacie wujka, pada deszcz, nigdzie nie wychodzisz i z nudów wymyślasz takie nadzwyczajne historie, które my tu czytamy z wypiekami na twarzy!
Czy naprawdę jadłeś te termity?… Jan pyta, kiedy się przestają ruszać, czy w brzuchu, czy wcześniej. Przywieź kilka (kandyzowanych), żeby poczęstować w Collegium tego i owego macho!
A ściślej rzecz biorąc siedzę w domu, w Rzepinie pod lampą solarną :). Jak wrócę, to będę miał dowód, że gdzieś byłem 😛