Już wczoraj czułem się niezbyt wyraźnie. Albo jazda po wertepach, albo któraś potrawa rozregulowały mój żołądek. Dlatego też wolałem zbytnio nie oddalać się od domu. Dopiero po południu wybraliśmy się z wujkiem na działkę po drugiej stronie drogi. Prowadzi przez nią 408 schodów a najwyższy punkt znajduje się na wysokości 1100m n.p.m. Po drodze za pomocą haczki i maczety porządkowaliśmy stopnie schodów. W tym klimacie wystarczy kilka dni lub tygodni, aby dopiero co oczyszczona droga czy poletko stało się na nowo dziką, nieuporządkowaną dżunglą. Po mniej więcej 2 godzinach dotarliśmy do końca schodów. Znajduje się tam mała chatka, gdzie można odpocząć, podziwiać widoki, przyrządzić i spożyć posiłek (np. osławioną już pachamankę, „czyli garnek w ziemi”). Nie jest to koniec trasy. Schody kończą się w około 1/3 trasy. Dalej trzeba poruszać się ścieżką i torować sobie drogę maczetą. Ze względu na zmęczenie i zbliżającą się godzinę 18:00, zrezygnowaliśmy z dalszej eksploracji i zawróciliśmy do domu.