W tym dniu naszym celem była działka położona na wysokości 2000m npm. Żeby się tam dostać, musieliśmy zmienić pojazd na inny – silniejszy z napędem na dwa koła. W mieście zjechaliśmy z drogi asfaltowej na gruntową.
Przejeżdżaliśmy koło punktów skupu i przetwarzania ananasów. Całe podwórza były zasypane liśćmi tego owocu. Ludzie ładowali obrobione ananasy w skrzynkach na ciężarówki, które za chwilę miały wyruszyć z zaopatrzeniem do miasta. Wszędzie dookoła panował niedopisania bałagan.
Z czasem droga zaczęła się piąć ostro w górę. Po drodze mijaliśmy plantacje ananasów, chaty zbudowane z gliny, ludzi podążających w obu kierunkach. Na wąskiej, górskiej drodze mijała nas ciężarówka z pasażerami. Gdy robiłem zdjęcie, to jedna z dziewczyn ręką zasłoniła twarz. Czyżby bała się, że ukradnę jej duszę? A może po prostu nie życzyła sobie zdjęć? W czasie naszej wspinaczki po górze silnik bajaja zaczął tracić na mocy. Nasz pojazd miał problemy z podjechaniem pod ostrzejszą górkę. Wyskoczyłem więc z niego i zacząłem pchać. Przed kolejną górką zablokowałem koła kamieniem, aby się nie stoczył w dół. I tak kolejne kilkaset metrów pchałem, biegłem, szedłem i jechałem. W końcu uznaliśmy, że uszkodzenie sprzęgła jest zbyt duże, aby kontynuować jazdę i zawróciliśmy do miasta. Na szczęście tym razem droga biegła w dół. Mając do dyspozycji tylko drugi i trzeci bieg oraz na wpół spalone sprzęgło dotarliśmy do miasta. Mimo niedzieli warsztat był otwarty. Jak tylko podjechaliśmy, wyskoczyło do nas właściciel z pracownikiem oraz jeden klient, aby obejrzeć co się stało. Jeszcze na ulicy zostało naprawione sprzęgło. Niestety musiało ono być wymienione na nowe, co miało potrwać do jutra. Kilka minut negocjacji i mechanik zgodził się, że zrobi to za godzinę. Korzystając z chwili przerwy poszliśmy do kafejki internetowej, gdzie mogłem uzupełnić teksty na blogu, oraz dorzucić kilka zdjęć.
Gdy wróciliśmy do warsztatu, okazało się, że właściciel zrobił sobie sjestę i gdzieś poszedł. Na szczęście mototaksi bała naprawiona, więc mogliśmy spokojnie wrócić do domu. W domu natrafiliśmy na urodziny syna sąsiada. Dzieci wraz z rodzicami były zabawiane przez wynajętą w tym celu panią. Puszczała ona muzykę, śpiewała razem z gośćmi, prowadziła konkursy. Na końcu tradycyjnie dzieci rozbijały uderzeniem kija, zawieszony pod sufitem worek z cukierkami i konfetti – Pinatę. Około 18:30 wyruszyliśmy do Kościoła. Mszę celebrował 83-letni kapłan. W nabożeństwie pomagały mu kobiety – ministrantka, panie śpiewające psalmy, zbierające na tacę, czytające ewangelię.